Ten film o Antarktydzie

Władze nad pilotem telewizyjnym sprawuje zazwyczaj Mężu. A gdy zaczyna się reklama przełącza na inne kanały. I wczoraj wieczorem gdy tak przełączał zobaczyłam „Gdzie jesteś, Bernadette?”. Rozentuzjazmowana mówię, że to ten film, a tą książkę czytałam w zeszłym tygodniu. Na co mój Mąż: „ten film o Antarktydzie?” Myślę sobie: serio? tylko o Antarktydzie… Pytam: „oglądałeś go wcześniej?”. W odpowiedzi słyszę, że: „tak”. Ale oglądamy. No cóż w niektórych kwestiach film znacznie różni się od książkowej fabuły. Zabrakło wątków, które w książce, w moim odczuciu, były bardzo istotne, inne na potrzeby filmu zostały zmienione. Ale to przecież norma, filmy są jakąś wizją reżysera i scenarzysty, a nie wierną kopią powieści. Przełożenie konstrukcji powieści na filmowy przyczynowo – skutkowy ciąg zdarzeń się twórcom udał. Motywem muzycznym dla filmu staje się Time after time Cyndi Lauper. Nie wiem dlaczego, po prostu do filmowej adaptacji widać ta piosenka pasuje. Muzyką do książki jest Abbey Road The Beatles więc podkładem muzycznym do „napisów końcowych” powinno być Here Comes the Sun. I stąd ten mój dysonans. Dla nieznającego książki film jest… przyjemny w odbiorze, dryfuje gdzieś w stronę romantic story, w przeciwieństwie do powieści. Znając jednak powieść i mając ją w pamięci na świeżo to jednak postawię na książkę.