Popołudnia były i nie były

Intensywny był ten tydzień. Prawie każdego dnia po pracy jeszcze coś do załatwienia. Poniedziałek, ubezpieczenia wszelakie. Wtorek, zebranie rady. Czwartek, zebranie rodziców. Przez co duże zakupy musiały zająć piątkowe popołudnie, które tak chcę by było wolne. Obowiązki przeważały i czasu na przyjemności zabrakło.

Juniorka trafiła do grupy, która okazała się bardziej ogarnięta (co bardzo mnie cieszy). Aklimatyzuje się, do szkoły chodzi bez marudzenia. To, co w śniadaniówce zjada i na obiady chodzi chętnie. Znalazła sobie koleżankę. A, że zawsze była minimalistką w tworzeniu relacji to i teraz nie chce słuchać, że może warto jeszcze z kimś spróbować się zakolegować 😉

Jeden powiat z naszego województwa trafił właśnie do żółtej strefy obostrzeń. A kilka szkół z naszego powiatu pracuje w systemie hybrydowym z powodu przebywania niektórych klas na kwarantannie.

Mężu chodzi poddenerwowany przez rzepak, który zasiany nowoczesną metodą zasklepił się w glebie i marnie wykiełkował. Było tak źle, że w końcu dla wzruszenia ziemi został drastycznie potraktowany na zasadzie wóz-albo przewóz.

Babcia z pobolewającym gardłem i kaszlem.

Dobrze, że chociaż pogoda dopisuje.