Czytanie na głos

Od 2001 roku 29 września, w dzień urodzin Janiny Porazińskiej (autorki książek dla dzieci) obchodzony jest Ogólnopolski Dzień Głośnego Czytania. Juniorka lubi słuchać więc głośno czytamy niemal codziennie, szczególnie przed snem. Pierwszą ulubioną serią były książki o Panu Kuleczce, potem weszło „8+2”, wakacje kończyłyśmy książkami o Pippi Pończoszance (która mocno zaskarbiła sobie Juniorkowe serce). Wczoraj skończyłyśmy „Plastusiowy Pamiętnik” i od razu zaczęłyśmy „Przygody Plastusia”. Po drodze przewinęło się trochę Muminków. Jak też już wiadomo, Juniorka lubi książki pisane dawno temu i czarno białe. Kiedyś w bibliotece wyjęła książkę z półki i stwierdziła „fuj, jaka kolorowa, nie lubię takich”. To też następne czekają w kolejce „Dzieci z Bullerbyn”, które myślę, że też przypadną Juniorce do gustu ze względu na treść i proste rysunki tworzone w zasadzie tylko za pomocą kreski.

Ale nie ważne czy kolorowe czy czarno-białe, po prostu czytajmy dzieciom na głos.

Nie do końca tak…

Chciałam zamknąć się w bańce i nie myśleć o świecie zewnętrznym, a może nawet o niczym. Co prawda w bańce się zamknęłam, ale nie w taki sposób w jaki chciałam. W sobotę rano Juniorka wstała pociągając nosem i pokasłując. I spokój diabli wzięli. Ile posiedzi w domu? Zobaczymy… Jak tak dalej ten rok szkolny będzie wyglądał to osiwieję do reszty. Do szyb zapłakanych deszczem, ciepłych już kaloryferów, kakao i książki z doskoku dołączyć musiały pudełka chusteczek i odmierzanie syropów. Weekend z relaksem trochę się minął. Eh… A na połowę listopada mamy zaplanowany bilans sześciolatka (przyznaję, że trochę przez pandemię temat olałam, a do szkoły musimy przynieść wynik do połowy grudnia). Kolejka w przychodni długa i zastanawiam się czy uda nam się być wtedy zdrowymi (wszyscy w domu), bo o przebywaniu na kwarantannie nawet nie chcę myśleć (a przecież może się zdarzyć)… bo inaczej nawet nie mamy co próbować iść by formalności stało się zadość. Nawet mnie pandemiczny stan rzeczy zaczyna doskwierać i tęsknię za normalnością.

Pierwszy jesienny deszcz

Na komputerze mam ustawione wodne tła pulpitu. Jedno zdjęcie, bardzo je lubię, przedstawia okno w kroplach deszczu, a za szybą wiosennie kwitnące drzewa owocowe i łąkę. I choć za oknem mam trochę podobny widok to gdy wiosną próbowałam zrobić takie własne zdjęcie to jednak nie wyszło.

Dzisiejszy popołudnie już nie przypominało tych poprzednich. Już nie było letnie. Już było jesienne, z niebem całkowicie zasnutym chmurami, z porywami wiatru i deszczem spływającym po szybach, dźwięcznie i miarowo. A ja z książka na kanapie łapałam pierwsze chwile weekendu, chcąc zapomnieć o całym świecie i chociaż na te dwa i pół dnia znów zaszyć się we własnej bańce.

Paczki

Czasy się tak rozwijają, że coraz więcej rzeczy zamawia się przez Internet. Kurierów różnej maści nie bardzo trawię i wolę nie korzystać z ich usług. Listonosza mamy cudownego i jemu to nawet jestem skłonna dopłacać do pensji 😉 byle tylko nie rezygnował z pracy na Poczcie 😉 ale nie wszędzie jest taka opcja dostawy. Drugą opcją, którą lubię są paczkomaty. Zainstalowałam sobie aplikację, więc przy odbiorze też jest nieźle. Do tej pory odbierałam paczki w miejscowości, której pracuję bo bliżej nie było możliwości. Ale właśnie ustawili paczkomat jakieś 1,5km od domu więc już pierwsza moja przesyłka do nowej lokalizacji zmierza 🙂

Jesień, jak to tak?

Zaczęła się w kalendarzu. Ale póki co usiądę zaraz przed domem w całkiem letnim ubraniu. Wystawię twarz do słońca. Założę okulary z przeciwsłonecznymi szkłami. I nie będę zwracać uwagi na liście spadające obok. Co najwyżej nieśmiało, prawie szeptem zanucę zwrotkę piosenki Grechuty:

„Od gorąca twych płomieni zapłonęły liście drzew
Od zieleni do czerwieni krążył lata senny lew
Mała chmurka nad jej czołem, mała łezka, słony smak
Pociemniało, poszarzało – jesień, jak to tak?
Jesień, jesień, jak to tak?”

W kratkę

Teraz jest taki czas, że w codziennych stylizacjach dominują bluzki koszulowe. Ubierałam jednego dnia, bluzka jest w kratkę. Drugi dzień, kratka tylko w innym zestawie kolorystycznym. Przygotowuję koszulę na kolejny dzień i co… i znowu kratka? Czy wszystkie bluzki mam w kratkę? Przeglądam szafę – faktycznie jest przewaga kratki w różnych wydaniach. Wcześniej tego nie zauważałam? To może lepiej dla odmiany ubrać tę w kwiatki 😉 A żeby tendencję utrzymać to kupiłam sobie kurtkę w pepitkowy print 😉

Pod skórą

Budzę się rano i czuję jakiś nieokreślony niepokój. Kołdrą muszę być otulona szczelnie bo inaczej jest mi zimno. Do budzika zostało jeszcze kilka minut. Leżę i zastanawiam się czy to tak będzie częściej? To bardzo niekomfortowy stan, który od samego rana spina wszystkie mięśnie i nerwy. Mam ochotę naciągnąć kołdrę jeszcze wyżej, ukryć się w niej… ale nie mogę, jest poniedziałek, obowiązki wzywają. Co przyniesie tydzień? Już te kilka godzin pokazało, że może być nieobliczalny. A ja potrzebuję przewidywalności.

Lazy sunday

Sobotni wieczór zakończył się małym piwem i oglądaniem filmu (uwaga) Siła magnum, klasyk jak określił go Mężu. Faktycznie film z Eastwood’em z 1973 to już klasyk filmów sensacyjnych 😉 No to oglądam, przerwy reklamowe długaśne, ale już jestem ciekawa zakończenia, jest już po północy, ale film zaraz się skończy i przy którymś mrugnięciu powieki klapnęły na dłużej i otworzyły się na reklamach już po filmie… u obojga. Bez komentarza 😉 Także niedziela zaczęła się leniwym wstawaniem i niespiesznym śniadaniem. Potem pranie jeansów, które nie zmieściłyby się wczoraj na suszaku. W międzyczasie Juniorce spadła książka o Arielce, tak jakoś wprost do wody, która była przygotowana do podmiany w akwarium. Wszystkie strony dokumentnie mokre. Dobrze, że rolka ręczników papierowych nowa więc jest czym przekładać i osuszać kartki. Dalej to do roboty przy akwarium. Pranie się wyprało, trzeba je powiesić. Jeszcze podłogi powinnam umyć bo wczoraj szkoda mi na to było popołudnia (ale może jeszcze do jutra wytrzymają…?) Bo po obiedzie to może na spacer nad jezioro, by nie tracić za dużo z tak ładnego, wrześniowego dnia… Nawet graficznie tak właśnie mi się przedstawiła idealnie leniwa niedziela 😉

Popołudnia były i nie były

Intensywny był ten tydzień. Prawie każdego dnia po pracy jeszcze coś do załatwienia. Poniedziałek, ubezpieczenia wszelakie. Wtorek, zebranie rady. Czwartek, zebranie rodziców. Przez co duże zakupy musiały zająć piątkowe popołudnie, które tak chcę by było wolne. Obowiązki przeważały i czasu na przyjemności zabrakło.

Juniorka trafiła do grupy, która okazała się bardziej ogarnięta (co bardzo mnie cieszy). Aklimatyzuje się, do szkoły chodzi bez marudzenia. To, co w śniadaniówce zjada i na obiady chodzi chętnie. Znalazła sobie koleżankę. A, że zawsze była minimalistką w tworzeniu relacji to i teraz nie chce słuchać, że może warto jeszcze z kimś spróbować się zakolegować 😉

Jeden powiat z naszego województwa trafił właśnie do żółtej strefy obostrzeń. A kilka szkół z naszego powiatu pracuje w systemie hybrydowym z powodu przebywania niektórych klas na kwarantannie.

Mężu chodzi poddenerwowany przez rzepak, który zasiany nowoczesną metodą zasklepił się w glebie i marnie wykiełkował. Było tak źle, że w końcu dla wzruszenia ziemi został drastycznie potraktowany na zasadzie wóz-albo przewóz.

Babcia z pobolewającym gardłem i kaszlem.

Dobrze, że chociaż pogoda dopisuje.

Z miłości

Źródła podają, że co trzecia próba samobójcza podejmowana jest z powodu zawodu miłosnego. Rocznie blisko 1200 osób z tej przyczyny chce odebrać sobie życie. Co piątego samobójcy nie udaje się uratować.

Tak wyszło, że ostatnio prowadziłam rozmowę z kimś dla kogo zawód miłosny to najgłupszy z powodów do myśli o samobójstwie. Może to i nie jest powód. Ale to nie o to chodzi. Chodzi o to jak dana osoba czuje się w momencie odrzucenia i jak sobie z tą sytuacją radzi. Nie po każdym spływa to jak po kaczce tylko dlatego, że „tego kwiatu to pół światu”… Do mojej rozmówczyni moje argumenty jednak nie trafiły, że pomiędzy czarnym i białym jest jeszcze cała gama szarości.