Puste noce

Nie lubię spać w tym domu gdy Męża nie ma. Nie lubię nawet tego gdy po prostu łazi po nocy (bo ogólnie mało śpi). A teraz jest na drugim końcu Polski, w żółtej strefie, więc zasypianie przychodzi mi z trudem. Na Warszawskiej mogłam być zupełnie sama w całym domu i nie miałam takiego problemu, ale to był mój dom od urodzenia. Tutaj to jednak cały czas jedynie miejsce mojego zameldowania. Czy kiedyś się to zmieni? Czy kiedyś z całym przekonaniem powiem „mój” dom? Nie wiem. Chociaż ten dom to wielopokoleniowy już zapis dziejów rodziny Męża więc dla Juniorki to dobrze. Ale wracając do tematu. Gdy Męża nie ma to ja ciągle nasłuchuję. Gdy nocą psy uparcie szczekają (a czasami to potrafi trwać i godzinę bo cała psia wieś ujada) budzi to mój niepokój. Gdy zbyt długo ich nie słychać to też źle, bo wtedy zaczynam się zastanawiać czy aby na pewno wszystko było dobrze zamknięte i czy nie wyszły. Wszelkie stuknięcia i dziwne odgłosy wśród pól działają na wyobraźnię. Jedna taka noc za mną, jeszcze dwie przede mną. No nic, parę stron przeleci…

Lustrzane odbicie

Zaliczyliśmy kolejny wypad nad morze. Co prawda w trochę przyspieszonym terminie, ale już mniejsza o to. Morze jednak nie było tak spokojne jak 3 tygodnie temu, ja też nie byłam spokojna jak wtedy. Ale to dobrze. Jakkolwiek to nie zabrzmi, to poczułam się zespolona z naturą, a było mi to potrzebne. Donośniejszy odgłos fal zagłuszył myśli rozbijające się pod czaszką. A chłodniejszy i mocniejszy wiatr otrzeźwił i przewietrzył umysł. Stanu nirwany z poprzedniego wyjazdu co prawda nie osiągnęłam, ale zdecydowanie się wyciszyłam.