Perełka

Któregoś dnia wpadła mi w oko reklama Perełki Mamy. I tak się spodobała, że nie mogłam sobie jej odmówić. Wybrałam styl boho i jest. Jest delikatniejsza niż myślałam, ale mnie to nie przeszkadza, a wręcz pasuje.

Moja Perełka dziś już nie mogła się doczekać i trzeba było okleić imieniem i nazwiskiem wszystkie przybory do zerówki. Myślałam, że zrobimy to jutro… ale już są gotowe. Żel do dezynfekcji i maseczka w razie czego (wymagane przez dyrektora) też już do plecaka zapakowane… Jak zareaguje na nowe miejsce i całkiem nieznane dzieci to, mimo pozytywnego nastawienia, zobaczymy jutro i pojutrze.

Całe szczęście jest jeszcze czekanie na coś miłego, niezwiązanego ze szkołą, co sprawia, że myśli zwracają się w zupełnie innym kierunku.

Nowy wymiar koszmarów

W dalszym ciągu nie sypiam najlepiej. Staram się chodzić spać dosyć późno by zmęczenie powodowało przespanie całej nocy. Ale to nie działa. Wybudzam się po 4 kiedy powoli zaczyna wstawać nowy dzień, na który tak naprawdę wcale nie mam ochoty. Potem kręcę się z zamkniętymi oczami, żeby zasnąć, ja przecież zawsze potrzebuję dużo snu. Ale zapadam co najwyżej w półsny, krótkie drzemki. Ale i podczas nich zdarzają się sny. Tak jak dzisiaj. Śniło mi się, że byłam z Juniorką na kontroli stomatologicznej. Wyznaczone ciągi komunikacyjne, ale była spora kolejka. I stojąc w tej kolejce nagle do mnie dotarło, że obie nie mamy maseczek! Takie znamię czasów…

Małe smutki

Gołąbek Bąbek, o którym była mowa kilka wpisów wstecz, odpoczął i uzupełnił wszelkie inne braki i szczęśliwie sam odleciał. Ale Juniorka niepocieszona.

Chomik szczęśliwie doczekał powrotu właścicielki i pojechał do domu. Ale Juniorka niepocieszona.

Jesień wzięła już nas w swoje objęcia, tym jak w czwartek było 15 stopni. Pola za oknami wypełniają się czernią. Rzepaki już posiane i tylko czekać wiosennego kwitnienia. W tym sezonie rzepak okala dom więc może powstanie prezentacja podobna do pszenicznej, z rzepakiem przez rok… bo to zaskakująca roślina z rodziny kapustowatych (serio).

Poza tym duszą mnie opary absurdów, w których przychodzi się poruszać… teraz, kiedy wszystko powinno być jasne i precyzyjne.

I wylało się to ze mnie rano niecenzuralną strużką łez. Ale tylko w części, reszta nadal przygniata trzewia.

Finał historii kamienia

W sobotę o godzinie 10 zadzwonił Mężu i przywitał mnie słowami „veni, vidi, vici”. I już wiedziałam co było drugim, a może najważniejszym powodem zawiezienia chrześniaka na badania diagnostyczne. Mój Mąż miał niedokończoną misję. I po 14 miesiącach właśnie ją zakończył. Zdobył Rysy. A odłamek menhira Melchiora spoczął na ich szczycie. I nie ważne czy próba samotnego wejścia była odpowiedzialna, (może całe szczęście, że tamtego dnia ruch na Rysach był prawie taki jak na Krupówkach, więc w razie co, ktoś by pomógł) i że nadchodzącej nocy miał do przejechania przeszło 500 km. Bo, w nawiązaniu do wczorajszego cytatu, mój Mąż właśnie w ten sposób powiedział: oto ja.


Historia kamienia

Czyli jak to wszystko się zaczęło w czerwcu 2019:

Wejście na Rysy nie powiodło się. Pogarszająca się pogoda i niedyspozycja mężowego towarzysza spowodowały, iż rozsądek wziął górę nad testosteronem i chłopaki odpuścili na wysokości Czarnego Stawu Pod Rysami (1583 m n.p.m.). Misja przerwana i… przeniesiona najprawdopodobniej na wrzesień. Mężu od zawsze mówił o wejściu na Rysy, ze mną niestety to niemożliwe, a zanim Juniorka dorośnie do takiej wspinaczki to Mężu już może nie być w kondycji… Ale we wrześniu może faktycznie uda mu się zmontować małą grupę (w grupie raźniej) by spróbować znowu. A czemu piszę o misji? Wczoraj dowiedziałam się, że marzenie przerodziło się w misję jakieś 3 lata temu. Wtedy podczas jesiennej orki pług zahaczył o głaz (pewnie narzutowy z epoki lodowcowej, a że ziemia pracuje to wyszedł pod powierzchnię). Zdarzenie było o tyle niebezpieczne, że siła, którą wygenerowało spowodowała, że pług dosłownie przerzuciło kilka centymetrów obok kabiny. Te kilka centymetrów uratowało mojemu Mężowi życie, gdyby lemiesze spadły na kabinę… nie było by szans. Od głazu wtedy odłamał się kawałek. A mój Mąż obiecał sobie, że ten kawałek (mniej więcej 10 kg kamlota) zaniesie na Rysy. Teraz odłamek leży odpowiednio schowany (tam już wysoko w górach) i czeka na dokończenie misji. A głaz zdobi wjazd do domu.

menhirek
menhirek

Słowo na niedzielę

„Wszystko polega na tym, żeby człowiek był taki, jaki jest, żeby nie wstydził się chcieć tego, czego chce i marzyć o tym, o czym marzy. Ludzie są na ogół niewolnikami konwenansów. Ktoś im powiedział, że powinni być tacy i tacy, i starają się być takimi aż do śmierci, nie wiedząc nawet, kim byli i kim są naprawdę. Nie są więc nikim i niczym, postępują niejednoznacznie, niejasno, chaotycznie. Człowiek przede wszystkim musi mieć odwagę być sobą.”

Milan Kundera
JillWellington/pixabay

Stanąć pewnie, podnieść głowę do góry, rozłożyć ramiona i powiedzieć z pełnym przekonaniem: oto ja. Jak ja bym tak chciała! Być sobą, ot tak, po prostu. Ale niestety brak mi odwagi. W kajdanach konwenansów i braku poczucia zrozumienia staram się być jak inni, choć w żadnym szablonie nie znajduję obrysu podobnego do mnie. I mimo, że staram się dopasować to i tak jestem jak plama oleju na powierzchni wody. Nieprzystająca. Niejednoznaczna. Niejasna. Chaotyczna. Inna i pogubiona.

Zwierzęta przydomowe

Gdzie nie spojrzeć jakieś zwierzątka. Nasze, nie nasze. Takie które lubimy i takie, których nie znosimy. Ale wszyscy razem koegzystujemy. Dziś o dwóch stworzonkach wokół nas.

Do gołębi pocztowych, które robią sobie u nas przerwę na „popas” jesteśmy przyzwyczajeni. Co chwilę jakiś tu odpoczywa i się posila. Czasami nawet Juniorka nadaje im imiona. W te wakacje był już na przykład: Tuptuś, Jadajek i Słuchajek. Teraz jest ten, który trafił do raju. Trafił tu akurat po żniwach, gdy stodoła jest pełna ziarna. Siedzi i się karmi do woli (pewnie nawet do przejedzenia), wychodzi najwyżej przed wrota na krótki spacerek i wraca do swojego eldorado 😉 Skoro już jest to dostaje też wodę. Na imię dostał Gołąbek Bąbek. I niestety będzie pewnie problem bo w drogę do domu się nie wybiera… Po obrączkach można ustalić właściciela, ale to zawsze kłopot, lepiej jak same odlatują.

Wczoraj też ratowałam owada. W pierwszej chwili myślałam, że to pszczoła, ale po przyjrzeniu się to jednak osa. Wpadła do psiej miski z wodą. Ale nie zdążyła się utopić więc trzeba było ratować stworzonko, przenieść w bezpieczne miejsce, a potem podejrzeć jak się czyści i suszy. Wszak osa też jest pożyteczna ponieważ żywi się mszycami i innymi szkodnikami, które niszczą plony. Zapylają także figi, którymi żywią się ptaki czy nawet ssaki. A także szacuje się, że około 100 gatunków storczyków uzależnione jest od istnienia os.

Gość

Od kilku dni mamy w domu gościa na przechowanie.

Chomik, a dokładnie chomicznik dżungarski. Biorąc pod uwagę, że zwierzątka te są bardziej aktywne nocą i jego zaawansowany wiek (boję się, że nie dożyje powrotu właścicielki) niezbyt często wychodzi ze swojego domku. Przy jego poprzednich pobytach u nas częściej go widywaliśmy. Juniorka jest trochę zawiedziona tym faktem bo przecież ona się nim opiekuje. Właśnie czyta mu „Kicię Kocię w kosmosie”. Pokazuje ilustracje i tłumaczy pojęcia, na przykład czym i po co jest skafander astronaucie 😉

Mężu przysłał mi zdjęcie motyla. Nie sądziłam, że kojarzy, że lubię motyle… Albo po prostu gatunek mu się spodobał 😉 przypuszczam, że to latolistek cytrynek inaczej zwany też listkowcem cytrynkiem. Dosyć trudno go dostrzec 😉

p.s. Aniu, budleja dawida zamówiona 😉

Puste noce

Nie lubię spać w tym domu gdy Męża nie ma. Nie lubię nawet tego gdy po prostu łazi po nocy (bo ogólnie mało śpi). A teraz jest na drugim końcu Polski, w żółtej strefie, więc zasypianie przychodzi mi z trudem. Na Warszawskiej mogłam być zupełnie sama w całym domu i nie miałam takiego problemu, ale to był mój dom od urodzenia. Tutaj to jednak cały czas jedynie miejsce mojego zameldowania. Czy kiedyś się to zmieni? Czy kiedyś z całym przekonaniem powiem „mój” dom? Nie wiem. Chociaż ten dom to wielopokoleniowy już zapis dziejów rodziny Męża więc dla Juniorki to dobrze. Ale wracając do tematu. Gdy Męża nie ma to ja ciągle nasłuchuję. Gdy nocą psy uparcie szczekają (a czasami to potrafi trwać i godzinę bo cała psia wieś ujada) budzi to mój niepokój. Gdy zbyt długo ich nie słychać to też źle, bo wtedy zaczynam się zastanawiać czy aby na pewno wszystko było dobrze zamknięte i czy nie wyszły. Wszelkie stuknięcia i dziwne odgłosy wśród pól działają na wyobraźnię. Jedna taka noc za mną, jeszcze dwie przede mną. No nic, parę stron przeleci…

Lustrzane odbicie

Zaliczyliśmy kolejny wypad nad morze. Co prawda w trochę przyspieszonym terminie, ale już mniejsza o to. Morze jednak nie było tak spokojne jak 3 tygodnie temu, ja też nie byłam spokojna jak wtedy. Ale to dobrze. Jakkolwiek to nie zabrzmi, to poczułam się zespolona z naturą, a było mi to potrzebne. Donośniejszy odgłos fal zagłuszył myśli rozbijające się pod czaszką. A chłodniejszy i mocniejszy wiatr otrzeźwił i przewietrzył umysł. Stanu nirwany z poprzedniego wyjazdu co prawda nie osiągnęłam, ale zdecydowanie się wyciszyłam.