Życie na challenge’u

Gdzie się człowiek nie obejrzy to jest jakiś challenge. Wyzwania powiązane ze zbiórkami pieniędzy wpłacanymi na określone konta i potrzeby przez nominowanych i drugi rodzaj przypominający mi bardziej dawne łańcuszki szczęścia… Pierwszym wyzwaniem takiego typu o jakim usłyszałam to był chyba „Ice Bucket Challenge”, w którym należało wylać sobie wiadro zimnej wody na głowę…(?). Od tego czasu rozwiązał się worek z wyzwaniami, mądrzejszymi i głupszymi w formule. W niektórych sama brałam udział, pamiętam taki o najważniejszych książkach w życiu. A teraz dopiero co skończyłam wyzwanie 10 czarno-białych zdjęć z codzienności (w to się nawet wkręciłam i na nowo zauważyłam piękno w takich zdjęciach). To są te w zasadzie nic nie wnoszące. Te powiązane ze zbiórkami charytatywnymi…no mają w założeniu jakiś szczytny cel… ale z drugiej strony (przynajmniej dla mnie) to wygląda trochę żenująco gdy urzędnicy w godzinach pracy wychodzą robić przysiady i pompki. Finansowanie leczenia chorych dzieci powinno mieć państwowe źródło… a nie takie. Ale gdy wyzwanie ma taki charakter to i tak dobrze. Gorzej gdy wyzywanie jest po prostu głupim sposobem na promocję w sieci. Ostatnio czytałam artykuł o dwóch absurdalnych trendach szerzących się w społecznościówkach. Pierwszy polega na nagraniu filmiku, w którym do rytmu grającej muzyki polewa się znienacka dziecko wodą (?!?) Na dołączonych do artykuły filmikach większość dzieci przestraszona nagłym oblaniem płacze i się boi… a rodzice uchachani z tego faktu po same uszy… Drugi trend nazywa się pigging i szerzy się na portalach randkowych, a polega na poderwaniu, upokorzeniu i wyśmianiu drugiej osoby (?!?) Takich „wyzwań” to już nawet skomentować nie ma jak. Nasuwa się tylko pytanie do czego jako ludzie (podobno gatunek myślący i inteligentny) zmierzamy?