Massimo

Bez obawy, nie chodzi o Massimo ze „słynnego” filmu na podstawie „słynnej” książki. Co prawda książkę mam, dostałam w prezencie, ale szybko się poddałam w czytaniu 😉

Bardziej chodzi o Italię. We Włoszech byłam (w sumie) dawno temu. To był pierwszy kraj jaki odwiedziłam. Kraj, który mnie zauroczył. Mogłabym zamieszkać w Sorrento. Wpadać na Capri po limoncello. Nadal słuchać Neka i Gemelli Diversi. W czasach świetności GG wśród kontaktów miałam właśnie Massimo, italiano vero 😉 wprost z Rzymu. I tak sobie za pomocą komunikatora konwersowaliśmy. Quelli erano i giorni… 🙂

skuter

Tymczasem od wczoraj Italia „zamknięta”. Czasy znajomości z Massimo się rozmyły, GG już nawet nie mam zainstalowanego, ale teraz pomyślałam co u Niego…

Wirus zżera nas na różne sposoby. W mojej okolicy, a nawet województwie jeszcze stwierdzonego przypadku nie ma, ale ludzie wracają zewsząd, nawet w naszej małej prowincjonalnej społeczności, wrócili z Włoch, z Indii, z Tajlandii, Niemiec. I dobrze jest dopóki nie włączy się mediów, ale jak już się to widzi to wyobraźnia zaczyna działać. Co prawda szturmu na sklepy jeszcze nie przypuściłam. Ale zdecydowaliśmy się odłożyć nasz wyjazd dla zrekompensowania Juniorce nieudanych ferii na bliżej nieokreślony czas…